Moje nawrócenie. Część I. Choroba i wyzdrowienie.

Po długich przemyśleniach i strasznym biciu się z myślami postanowiłam opisać swoją drogę do nawrócenia. Drogę przez ciężką chorobę, zniszczone relacje z bliskimi, utratę przyjaciół, marzeń i pracy oraz myśli samobójcze towarzyszące mi od dziecka do miejsca, w którym jestem teraz, gdzie wszystkie te sprawy nabrały zupełnie innego obrotu, a mi, mimo, że trudności się nie skończyły, chce się żyć jak nigdy dotąd. Opowiem tę historię w kilku częściach i każda z nich będzie dotyczyła innego aspektu, ponieważ trochę tego się nazbierało przez te wszystkie lata. Ale zacznijmy od początku.

a mi, mimo, że trudności się nie skończyły, chce się żyć jak nigdy dotąd. Opowiem tę historię w kilku częściach i każda z nich będzie dotyczyła innego aspektu, ponieważ trochę tego się nazbierało przez te wszystkie lata. Ale zacznijmy od początku.

Jako dziecko dość poważnie chorowałam. Trwało to dobrych kilka lat. Choroba nazywa się AZS. Atopowe Zapalenie Skóry. Mój przypadek był ciężki, żeby nie powiedzieć bardzo ciężki. Wyobraźcie sobie codzienne budzenie się w nocy, bo świąd całego ciała jest tak silny, że nie da się spać. Druga opcja jest taka, że śpicie dzięki lekom, które dosłownie zwalają was z nóg, co nie pozwala wam normalnie funkcjonować NAWET następnego dnia, a więc macie dzień wyjęty z życiorysu.

Najgorsza jednak w tej chorobie była jej nieobliczalność. NIGDY nie wiedziałam co zobaczę w lustrze po przebudzeniu. I z wielkim strachem podchodziłam do lustra modląc się w duchu, żeby ten widok nie dobił mnie na resztę dnia. Zazwyczaj widok był tragiczny. Nie da się opisać tego uczucia beznadziei i bezsilności. Choroba brutalnie atakowała skórę mojej twarzy, szyi, rąk, tułowia. Jakby nie mogła uczepić się nóg, które łatwo można zakryć. Tak wówczas myślałam. Plamy, rany, krosty i łuszcząca się skóra sprawiały, że wyglądałam i czułam się jak potwór. Do tego świąd całego ciała uniemożliwiający codzienne czynności, nie pozwalający w spokoju uczyć się lub bawić z rówieśnikami. Świąd męczył mnie też na tyle, że wykonywanie najprostszych codziennych czynności było dla mnie prawdziwym utrapieniem. (Nawet teraz pisząc to dokucza mi świąd!). Kolejnym utrapieniem były nigdy niekończące się diety zalecane przez lekarzy. Fakt, że dzięki nim skóra poprawiała się, ale wyglądałam po nich jak cień człowieka – wychudzona, blada, z podkrążonymi oczami.

Ostatnio rozmawiałam z mamą o tym jak doszło do mojego kilkuletniego uzdrowienia. Zanim do niego doszło nastąpił okres, w którym moja choroba bardzo się nasiliła. Miałam wtedy jakieś 10 lat. Wylądowałam wtedy na jakiś czas w szpitalu. Dla mnie informacja o szpitalu była druzgocąca. Bardzo nie chciałam rozstawać się z rodziną i przyjaciółmi . Nie mówiąc o tym, że po raz kolejny boleśnie odczułam, że nie mam wpływu na to, co dzieje się w moim życiu. Leczenie w szpitalu polegało głównie na diecie, po której jak zwykle skóra poprawiła się, ale znów byłam chuda i blada jak trup. Po 2 dniach po powrocie ze szpitala do domu, mimo zachowania diety koszmar zaczął powracać. Mama była zrozpaczona, totalnie bezradna. O sobie chyba nie muszę wspominać. Mama natychmiast zadzwoniła do szpitala pytając co ma w tej sytuacji zrobić. Lekarz zaproponował, abym ponownie zjawiła się w szpitalu i poddała się leczeniu. Bardzo nie chciałam wracać do szpitala. Byłam jeszcze dzieckiem. Myśl o szpitalu wywoływała we mnie płacz. Prosiłam mamę, żeby nie kazała mi do niego wracać. Mama ponownie zadzwoniła do szpitala i z ciężkim sercem powiedziała lekarzowi o mojej reakcji na powrót do szpitala. Na co lekarz powiedział, że w takim razie trzeba będzie mi podwoić dawkę leków. Mama wiedziała, że nie jest to dobra decyzja. Jak większość z was wie, leki nie pozostają obojętne dla organizmu, a także nie docierają do sedna choroby.

W tym bólu i bezsilności, płacząc mama wsiadła do samochodu i pojechała do kościoła. Spędziła tam dużo czasu modląc się gorliwie i prosząc Matkę Boską o pomoc. Niedługo po tym wydarzeniu mama dowiedziała się o nowennie do Matki Bożej Licheńskiej i zaczęłyśmy ją odmawiać. W ciągu tygodnia, świąd, wysypka, plamy i te wszystkie paskudne sprawy zaczęły ustępować. Po kilku dniach mogłyśmy odstawić wszystkie leki. Nastąpiła remisja choroby. I w tym stanie pozostałam przez 9 lat. Z małymi wyjątkami, gdzie przy pewnych zaniedbaniach, jak np. niewłaściwe odżywianie choroba potrafiła dać o sobie znać, ale i tak w stopniu ZNIKOMYM, prawie NIEZAUWAŻALNYM. Przed remisją natomiast, mimo przestrzegania wszystkich zaleceń choroba żyła własnym życiem.

Żyłam pełnią życia, jadłam wszystko i czułam się zdrowa. Było wspaniale, a moja skóra wyglądała pięknie. Można powiedzieć, że moje życie było idealne. Do czasu. W rzeczywistości coraz bardziej zaczęłam oddalać się od Boga. Poczułam, że jestem tak samowystarczalna, że NIE TYLE nie potrzebuję Boga, co NIE POWINNAM nawet prosić Go o cokolwiek. W końcu jestem zdrowa, silna i sama mogę ogarnąć wszystkie swoje sprawy. Tym samym przestałam dziękować Bogu za wszystkie dobre rzeczy, które mnie spotykały (Bo przecież ja sama tak wspaniale układam swoje życie! A jakżeby inaczej!).

Na zewnątrz byłam pewną siebie, wesołą dziewczyną z przyklejonym uśmiechem do twarzy, a wewnątrz odczuwałam coraz większą, potworną wręcz pustkę. Brakowało mi miłości, przyjaciół i wewnętrznego spokoju. Teraz jak to piszę, przypominam sobie, że przez wiele lat wierzyłam, że tak już musi być. Że zawsze będę czuć smutek, pustkę, tęsknotę i ból, bo taki już mam depresyjny charakter.

Ok, ale zeszliśmy na drugi temat, który będę szerzej opisywać w innej części bloga. A więc wracając do tematu choroby, na 9 lat prawie o niej zapomniałam. Czułam się zdrowa, ale pozostałe aspekty mojego życia nie były zdrowe. Powiem więcej. Moje życie delikatnie mówiąc zaczęło się rozpieprzać. Sorry, za wyrażenie, ale jakoś nic innego nie przychodzi mi do głowy, żeby opisać ten Armagedon, który wtedy dział się w moim życiu. Moje relacje z rodziną były tragiczne. Straciłam kilku dobrych przyjaciół. Kilkuletni toksyczny związek zakończył się dla mnie bardzo boleśnie. Czułam, że zostaję z tym wszystkim sama i nikt nie zauważa jak stopniowo pogrążam się w ciemności, z której nie ma ucieczki. W moim sercu i głowie zapanował taki chaos, że ciężko było mi pozostać w jednej pracy dłużej niż kilka miesięcy. Przestałam dogadywać się z ludźmi. Nie potrafiłam nawiązywać głębszych relacji. Wręcz uciekałam od ludzi. Bałam się ich.

Jednak nadal tkwiłam w poczuciu, że mam nad swoim życiem kontrolę. Rzeczą, która napędzała mnie do działania była muzyka i plany z nią związane. Całe moje życie muzyka motywowała mnie do działania, dawała poczucie sensu i celu w życiu. Czy było dobrze czy źle, dążyłam do swoich celów muzycznych. Problemy jednak narastały, czułam się coraz gorzej ze sobą.

Wracały do mnie koszmary poprzedniego związku, gdzie byłam bardzo źle traktowana i bałam się, że to samo stanie się w moim obecnym związku. Strach przed zdradą nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Doprowadzało mnie to na zmianę do frustracji, złości, lęku i poczucia winy. Również moje relacje z bliskimi były w opłakanym stanie. Czułam, że z każdym dniem w naszych rozmowach jest coraz więcej chłodu, złości i braku zrozumienia, a my powoli stajemy się największymi wrogami.

W tym samym czasie, a było to jakieś 4 lata temu, zaczęła nawracać moja choroba. Zaczęła uderzać we mnie z kilkukrotnie większą siłą niż kiedyś. W nocy nie mogłam spać, bo czułam jakby całe moje ciało nakłuwały miliony malutkich igiełek na zmianę z potwornym świądem. Wstawałam w nocy po kilka razy, żeby z przerażeniem stwierdzić, że z mojej twarzy i szyi dosłownie się leje! Był to płyn surowiczy. Tak, na twarzy, szyi, karku i rękach robiły mi się rany. Oczy puchły i swędziały, a wokół nich też robiły się rany. Twarz przez opuchliznę nabierała zdeformowanego kształtu. Rano wyglądałam jak alkoholik w ostatnim stadium. Na twarzy i szyi pojawiały się plamy, które stopniowo rozprzestrzeniały się na dekolt, kark, brzuch i plecy. Wyglądało to jakbym miała poparzenia. I tak też to odczuwałam. Ból i pieczenie były nie do zniesienia. Nie dało się tego paskudztwa zakryć fluidem czy pudrem, bo skóra łuszczyła się na każdym centymetrze. Po nałożeniu kosmetyków na twarz i szyję wyglądało to po prostu tragicznie. Jak łuszcząca się i odpadająca ze ściany farba. A opuchlizna i „poparzenia” sprawiały, że moja mimika była jak u mumii, nie mówiąc o tym, że poruszenie twarzą, szyją czy tułowiem wywoływało okropny ból.

Jak już wcześniej wspomniałam, tym co mnie napędzało do działania była muzyka. Muzyka ratowała mnie kiedy wszystko inne waliło się. Myślałam wtedy, że choćby wszystko inne legło w gruzach, i tak będę dążyć do spełnienia swoich muzycznych marzeń. Mówiłam sobie w myślach: „dasz radę”, „weź się w garść”, ale było mi coraz trudniej znieść rzeczywistość. W czasie ataków choroby, które jeszcze rok temu potrafiły występować codziennie lub co dwa, trzy dni, z moją skórą działy się straszne rzeczy. Jak już pisałam, twarz puchła i przybierała zdeformowany kształt i razem z szyją tworzyły jedną wielką raną. Takie ataki zdarzały się NAGLE, niespodziewanie, zazwyczaj w nocy, a więc rano miałam już załatwioną twarz na resztę dnia.

 I takie też tragiczne niespodzianki zdarzyły mi się kilka razy przed ważnymi muzycznymi wydarzeniami: występami, nagraniami (nie, nie tylko samego wokalu, którego NIE WIDAĆ, również wtedy, gdy moja postać była widoczna). Ale czy to sprawiło, że postanowiłam wtedy choć na chwilkę zatrzymać się? Zawiesić na jakiś czas swoje dążenia, żeby ratować swoje zdrowie? Odwołać coś lub przełożyć, aby pójść jak normalny człowiek leczyć się? Ależ skąd! Ja dalej jak ten durny osioł uparcie wierzyłam, że póki działam muzycznie, mam wszystko pod kontrolą. Ale mój stan psychiczny pogarszał się z dnia na dzień.

To co wcześniej sprawiało mi przyjemność, nagle stało się utrapieniem. Ciągłą walką. Byłam już wykończona psychicznie i fizycznie moją pracą, która stała się dla mnie dosłownie polem bitwy. Przez pracę w szkole i projekty muzyczne czułam jakbym tyrała na dwa etaty. Choroba coraz mocniej dawała się we znaki. Ciągłe kłótnie z najbliższymi, poczucie samotności i braku zrozumienia odbierały mi siły do życia. Czułam, że dłużej tego nie wytrzymam, że jestem na granicy obłąkania (o tym również szerzej napiszę w kolejnym poście).

Po kolejnym szale, w którym na przemian krzyczałam, że się zabiję lub błagałam chłopaka, żeby zawiózł mnie do psychiatryka, coś we mnie pękło. Dokładnie tego nie pamiętam, bo nagromadzenie się tych wszystkich chorych rzeczy odbierało mi rozum. Ale prawdopodobnie krzyknęłam coś w stylu: „Pomóż mi Boże, do cholery!!! No pomóż mi, kur*a!”. Nie pochwalam tu formy w jakiej zwróciłam się do Boga, ale wierzcie mi, że byłam już na granicy wytrzymałości.

Oczywiście nie nastał nagle oszałamiający cud i Pan Bóg nie zstąpił z niebios mówiąc: „Droga Córko, wezwałaś mnie, a więc ja uczynię Cię teraz szczęśliwą, zdrową i bogatą”. No nie. Na pozór nie wydarzyło się nic. A jednak, czy choćby fakt, że w całym tym szale rozpaczy i wszechogarniającym mroku nie popełniłam samobójstwa nie jest CUDEM?

Kolejnym krokiem były modlitwy, codzienne rozmowy z Panem Bogiem. Na początku przez długi czas odmawiałam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Trafiłam wcześniej na wywiad ze znanym muzykiem, który opowiadał o tym jak wiele rzeczy udało mu się wyprosić u Pana Boga dzięki tej właśnie Koronce. A kto mógłby mnie wtedy bardziej przekonać niż znany muzyk z sukcesami na koncie?

Jednak żadna większa poprawa na zdrowiu nie następowała przez długi czas. Modliłam się codziennie przez rok, jednak cały czas musiałam brać leki, stosować maści i latać od lekarza do lekarza. A więc na pozór nic się nie zmieniało, ale przemiana jaka w tym czasie zachodziła w mojej głowie okazała się o wiele cenniejsza niż zdrowie, którego tak bardzo przecież pragnęłam. Jeżeli chodzi o modlitwy, nie ma znaczenia JAK DŁUGO je odmawiacie lub JAKA konkretnie to jest modlitwa. Liczy się jakość tej modlitwy. Bo modlitwa to nie odbębniona formułka, którą mówimy byle już skończyć i zająć się swoimi sprawami. I nie są to zaklęcia, gdzie wypowiesz dane słowa, a nastanie magia. Ja długo mówiłam Koronkę na zasadzie: „Odmówię Koronkę, potem poproszę Pana Boga o uzdrowienie”. Nie dając z siebie NIC. Bez cierpliwości. Z przekonaniem, że mi się to należy.

JESTEŚMY KOWALAMI WŁASNEGO LOSU i to, że ktoś oddaje swoje życie Bogu nie oznacza, że Bóg będzie teraz podejmował za nas decyzje i wykonywał odpowiednie kroki. Z perspektywy wiem, że Pan Bóg zrobił dla mnie to co najlepsze. Tak jak już napisałam, przez długi czas nie było widać żadnej poprawy na zdrowiu, ale za to wypracowała się we mnie cierpliwość, opanowanie i spokój ducha. W pewnym momencie ta „silna” dziewczyna we mnie, która SAMA musiała mieć wszystko pod kontrolą i nie chciała nikomu tej kontroli oddawać, oddała się boskiemu prowadzeniu i całkowicie mu zawierzyła mówiąc tym razem w każdej modlitwie: „Proszę Cię o uzdrowienie, JEŻELI TAKA JEST TWOJA WOLA”.

Jednak te słowa nie były jeszcze dla mnie najtrudniejsze. Punktem kulminacyjnym był dla mnie moment rozmowy z Panem Bogiem, w którym w końcu, po wielu miesiącach od rozpoczęcia mojego nawrócenia oddałam mu całe swoje życie wraz z… MUZYKĄ. Powiedziałam wtedy: „Ufam Ci Panie, chcę iść z Tobą, jeżeli TWOJĄ WOLĄ jest, żebym działała muzycznie to pomóż mi w tym i prowadź mnie, jeżeli nie, i tak będę podążać za Tobą”. Dlaczego to powiedziałam? Dlatego, że czułam, że Pan Bóg potrzebuje ode mnie tej deklaracji. Nie dlatego, że chce mi zabrać muzykę i marzenia i od teraz mam stać się Jego niewolnikiem, ale dlatego, że do momentu tej deklaracji muzyka naprawdę była moim BOŻKIEM. Wszystko w moim życiu sprowadzało się do muzyki, do moich planów i dążeń z nią związanych. Nie było nic ważniejszego. A przecież kiedy Pan Bóg nie jest na pierwszym miejscu w naszym życiu, tym samym miłość odchodzi na dalszy plan. A wraz z nią nasze relacje z bliskimi. Nie tylko z najbliższymi, ogólnie z ludźmi, też tymi obcymi, których mijamy na co dzień na ulicy, spotykamy w kolejce na poczcie czy w sklepie. A i w pracy wtedy nagle coś zaczyna się psuć.

A więc wracając do tematu, Pan Bóg po raz kolejny daje mi szansę na normalne, no prawie 😉 normalne życie z moją chorobą. Prawie, ponieważ AZS jest chorobą o podłożu genetycznym, nieuleczalną, a więc prawdopodobnie będzie towarzyszyć mi do końca moich dni. Natomiast odzyskałam kontrolę nad nią, w stopniu umożliwiającym mi normalne funkcjonowanie. Są dni lepsze i gorsze, ale co ważne, nie ma już niespodziewanych ataków, a w nocy śpię spokojnie. A uwierzcie mi, że jeszcze kilka miesięcy temu, choroba tak dawała mi popalić, że czasami myślałam, że zejdę z tego padołu. Choroba wycieńczała mnie fizycznie i psychicznie. Coś jakby zżerało mnie od środka, a organizm sam siebie atakował. Teraz jak o tym pomyślę, mogę tylko zapłakać ze szczęścia i WIEM!, WIEM, że po raz kolejny doświadczyłam cudu od Pana Boga.

Spytacie, dlaczego sądzę, że za tym wszystkim stoi Bóg. Po pierwsze dlatego, że lekarze wobec mojego przypadku byli bezradni. Mówili, że tak musi być i zapisywali kolejne maści i leki. Nie powiem, w tych najtragiczniejszych momentach kiedy nie było innego wyjścia, leki mnie ratowały. Natomiast od razu po ich odstawieniu problem wracał. Absolutnie każdy lek czy maść lecznicza na dłuższą metę powoduje skutki uboczne, czasami bardzo poważne. Dlatego wiem, że należy je stosować tylko w razie najwyższej konieczności. Nie mówiąc o tym, jak ważne jest, żeby organizm sam w pewnym momencie uodpornił się i zaczął walczyć z chorobą. Po drugie Pan Bóg obdarzył mnie spokojem i pogodą ducha, abym zaakceptowała tę chorobę, ale dał mi również siłę i upór, aby szukać rozwiązania. Po trzecie tylko Pan Bóg potrafi nakierować cię „przypadkowo” na pewne osoby, miejsca, informacje, dzięki którym docierasz do sedna choroby i zaczynasz sobie pomagać. Po czwarte tylko On jest zdolny do tego, żeby w tym samym czasie wyprostować naraz tyle poplątanych ścieżek z różnych dziedzin twojego życia, że w końcu wiesz dokąd zmierzasz. Co nie oznacza, że te ścieżki nie będą wyboiste. Oj będą. Ale z Panem Bogiem wszystko to nabiera niezwykłego sensu!    

Ps. Dla tych z was, którzy borykają się z podobnym problemem przygotuję oddzielny wpis, w którym zamieszczę sprawdzone przeze mnie sposoby na AZS.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Co prawda kalendarzowe lato już dawno za nami, ale jeszcze przedwczoraj mieliśmy serię wspaniałych ciepłych dni. Zawsze pozostaje lekka nostalgia, gdy nadchodzi koniec lata, ale koniec oznacza też początek czegoś nowego Czytaj dalej Coś się kończy, coś się zaczyna

Spotkanie z managerem… czyli nie za wszelką cenę.

Czasami napotykamy na swojej drodze wielką szansę i wystarczy tak niewiele, żeby osiągnąć swój cel. Myślimy, że już dość czasu upłynęło, za dużo szans odrzucaliśmy i koniec z tym ciągłym biegiem przez płotki. Chcemy, żeby ktoś wreszcie nas docenił, zauważył. Czytaj dalej Spotkanie z managerem… czyli nie za wszelką cenę.